piątek, 21 stycznia 2011

Franak Wiaczorka

Pewnie części z was nic to imię nie mówi. Wprost powiem - mnie do dzisiaj też nic nie mówiło. Miałem dzisiaj bowiem okazję spotkać się z osobą w moim wieku, która dokonała do tej pory więcej, niż ktokolwiek, kto jest moim rówieśnikiem.

I oto otrzymałem link do relacji z tego spotkania. Początkowe zdziwienie przerodziło się w oburzenie, któremu dałem wyraz w poniższym mailu. Okazało się bowiem, że jak na stację nastawioną - w miejsce kreacji opinii w społeczeństwie - wyłącznie na komentarz, nawet dobrze skomentować nie potrafią. Że o niemożliwości skomentowania nie wspomnę. Jedynie mogłem to polecić na kilkuset portalach społecznościowych i mikroblogach. Tylko na co mi one, skoro ludzie chcą znać opinię tu i teraz, a nie szperać za nią po tych setkach platform. Napisałem więc mail.

A co dokładnie schrzanili? Myślę, że treść tego maila wyjaśni, o co się rozchodzi.

Witam serdecznie,

Jako uczestnik spotkania z Franakiem Wiaczorką oraz jako student Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych nie mogę pozwolić na tak nieprecyzyjne przedstawianie faktów, do jakiego doszło w dzisiejszej relacji, którą znalazłem pod adresem http://www.tvp.pl/lodz/aktualnosci/inne/franek-wieczorka-na-ul/3828346
Chodzi mi w szczególności o zwrot, jakoby pan Wiaczorka mówił "o utraconych nadziejach na demokrację". Nie wiem, kto zdecydował się na użycie tego zwrotu, lecz dla czytelnika komunikat wysyłany poprzez zwrot "utracone nadzieje" nie może być bardziej klarowny - opozycja przegrała raz na zawsze. Strata jest nieodwracalna i w tym momencie sugeruje to, że również i dla Białorusi nie ma żadnej, nomen omen, nadziei.
Po co w takim razie przyjechał na to spotkanie? Żeby obwieścić, że "stracili nadzieję, dobra ta kawa, miło było"? Co to, to nie!
Uważam, że gotowy materiał, jaki został wyemitowany jest skrajnie nieprecyzyjny w swym przekazie. Pani Marta Kosiorek, sygnowana jako osoba, która realizowała omawiany przeze mnie materiał, weszła do sali już po rozpoczęciu spotkania, przerywając wystąpienie pana Wiaczorka. Wraz z operatorem kamery pobyli chwile na sali, po czym poprosili pana Wiaczorka na zewnątrz celem przeprowadzenia wywiadu. Chwilę później wywiadu udzielał również pan Bartosz Domaszkiewicz... i tyle widziałem panią reporter.
Podchodząc do sprawy rzetelnie tj. przeznaczając na to spotkanie więcej czasu, dowiedziałaby się w trakcie rozmowy, która była drugą częścią spotkania, iż ani Wiaczorka, ani opozycja białoruska nie "utracili nadziei". Zadałem wówczas pytanie, dość rozbudowane, bo przyznaję - nie było łatwo je zadać. Orzecież mówiliśmy nie tylko wolności słowa, ale przede wszystkim o represjach, przemocy, napadach i aresztowaniach. W skrócie, poprosiłem pana Wiaczorka o opinię w sprawie mojego osobistego porównania wydarzeń na placu w Mińsku do wydarzeń z Tian'anmen, a konkretnie, czy nie obawia się zaostrzenia represji do tego stopnia, że wszelka działalność opozycja zostanie raz na zawsze ukrócona, tak jak miało to miejsce w swoim czasie w Chinach.
Pan Franak Wiaczorka kategorycznie zaprzeczył.
A to oznacza, że kompletnie niezgodnym z prawdą jest przytaczanie jego słów jako wyrazu... sam nie wiem czego. Żalu? Smutku? Weltschmerzu? Aktywista tej rangi, który był w wojsku i karcerze, aresztach, więzieniu, wyrzucany z każdej uczelni, którego matkę bito, rodzinie jego dziewczyny represjonowano, a przyjaciół odwiedzał w szpitalu lub którym grożono śmiercią... tak po prostu powie, że "stracił nadzieję"? O nie.
On wierzy, w to, co robi. Musi wierzyć. Formułowanie tak raniących dla niego słów to nie tylko obelga dla niego, ale wszystkich ludzi, którzych wymieniłem i wielu innych, o których na tym spotkaniu mówił. Jeżeli w TVP Łódź pragniecie wypełniać swą misję jako dziennikarze służący przede wszystkim prawdzie, zacznijcie od chociażby sprostowania zapisu na swej stronie.

Z wyrazami szacunku

Bartłomiej Krogulec


Ciekawi mnie, czy odpowiedzą, czy to mnie, czy to poprzez zmianę tego wpisu.

sobota, 15 stycznia 2011

O portalach informacyjnych

Ale one są dziwne.

Zasubskrybowałem sobie w swoim czasie sporo kanałów RSS. Nigdy nie lubiłem wchodzenia na portale i cackania się z ich, co tu wiele opowiadać, chaotyczną strukturą*. A informacji potrzebuję.W ramach opisanego jakiś czas temu odpokutowania za brak wiedzy o sytuacji w Korei.

Przed paroma dniami, oprócz Interii, wp, tvn24 i money.pl, dorzuciłem jeszcze brytyjskiego The Guardian. Ot, coby mieć spojrzenie na sprawy z trochę ciekawszej, niż naszej, jakby nie patrzeć, upośledzonej, poskiej perspektywy**. Do tego jeszcze New York Times i Washington Post. Financial Times domagał sie rejestracji, a i wtedy miałbym dostęp do szalonej ilości bodajże 10 artykułów na tydzień, jak codziennie publikują po 15-20, więc nie, podziękuję. No i Gizmodo - godny polecenia portal śledzący nowinki w technice, sieci i, przede wszystkim, gadżetach. Są bliscy produkcji porno o iPhonie 4 i innych, ale jeżeli pominie się tą zrozumiałą falę ekscytacji tym bajerkiem, pozostaje kawał naprawdę porządnego serwisu.

I teraz naprawdę widzę, jak daleko naszej prasie internetowej jest do... no, godziwego poziomu. Aczkolwiek, money.pl i Interia stoją najlepiej. Interię cenię za dobry odsetek fajnych artykułów, które nie są jedynie wznowieniami newsów sprzed paru godzin. Inna sprawa, że nagminne jest w tych portalach "przywoływanie" poprzednio podanych informacji. Czyli jak piszą o kolejnych zmianach z OFE, to zawsze przywołają propozycje Tuska sprzed miesiąca. A jak o PKP, to że kłopoty są spowodowane zmianą, która miała miejsce wtedy i wtedy. Każdy już o tym wie, ale news zawsze zostanie sztucznie wydłużony. Niewiadomo w sumie po co, bo tylko się newsa postarza przez to.

Na obronę takiego stanu rzeczy w Polsce, mogę powiedzieć, że NYT wcale lepszy nie jest. No chyba uż ze 4o artykułów o strzelaninie w Arizonie napisali. Artykułów, a nie takich wznowionek. Każdy po kilka stron. Z drugiej strony, postrzelenie kongresmena i zabójstwo 6 osób to dla Ameryki coś na miarę naszego zeszłorocznego Smoleńska - coś takiego się codziennie nie zdarza.

Z drugiej strony The Guardian wypisujący co chwila o Assangu - że go zwolniono; że go jednak monitorują; że ekstradycja; że nie będzie ekstradycji... Fajnie z ich strony, że go popierali, niefajnie, że się z poparcia wycofali, ale zarabiać na nim tak czy owak zarabiają. Taka formuła wiadomości, wybaczcie, ale musi być ignorowana, żeby sobie czasu nie marnować na czytanie w kółko jednego i tego samego. Na obecną chwilę, dzięki takiemu rozwiązaniu, doszło do tego, że Guardian stanowi chyba połowę wszystkich artykułów, jakie do mnie spływają. Połowa należy do jednego serwisu, rozbitego na dwa kanały, w porównaniu do łącznie ośmiu serwisów i 14 kanałów. Madness!

Co mogę polecić?

  • Washington Post ma świetne artykuły popularno-naukowe. Cudownie sie to czyta.
  • Interia najlepiej sobie radzi z informowaniem o istotnych wydarzeniach na świecie. Mówię tu o rzeczowości, bo nad ilością mogliby popracować. I trzymajcie się z daleka od "Nauki" - więcej się o MAK naczytacie, niż o NASA.
  • Raporty money.pl to świetny zbiór eksperckich opnii na poruszane przez nich tematy. Szkoda, że w tempie 1-2 na tydzień. Nieregularnie.

W najbliższym czasie będzie mi trzeba poszukać angielskich wydań serwisów z innych krajów. Russia Today i Today's Zaman (turecki ;)) pójdą na pierwszy ogień. Oprócz tego, szukam teraz dobrych think tanków. Najlepiej działających przy jakimś uniwersytecie, z uwagi na mój brak zaufania do sektora prywatnego, który jednak tworzyć będzie opinie na swoje potrzeby w pierwszej kolejności. Coś fajnego nie wpadło wam w oko?



* Pokażcie mi dobry portal informacyjny, z kategorii tych "do wszystkiego", w którym nie idzie się pogubić. Im bardziej rozbudowana struktura, tym większa szansa na pogubienie się w niej, ot co.

** Czy wam też nie pasuje w tym zdaniu taka ilość przecinków? Bo teoretycznie, element po elemencie, tak to właśnie powinno, o zgrozo, być oddzielone. Brrr. Grammar.

czwartek, 6 stycznia 2011

Kupuję żelazko

Przymierzam się do zakupów!

Zgadza się! Nawet studentowi czasem przydaje się żelazko. Na święta dostałem nawet ładną koszulę, to wypadałoby ją jakoś przyzwoicie nosić. No i mnóstwo tak łatwo gniecących się* ubrań, które z niewiadomych dla mnie przyczyn regularnie lądują na łóżku, po czym wcale nieźle ogrzewają mi stopy :).
Dodatkowym argumentem za zakupem żelazka jest fakt, że nie mam żadnej obrony przed atakiem zombie. Drzwi od szafy nie chce mi się wyrywać, grzejnika nie uda mi się wyrwać, a na wyrywanie lasek jest za późno**. Współlokator jest za ciężki. Pióra nawet w miejsce miecza nie mam - tylko długopis, ołówki, kilka zakreślaczy, zapałki. Jestem praktycznie bezbronny!***
Stąd też podwójnie pilna potrzeba pomysłu na żelazko.

Czytam sobie opisy cudeniek na ceneo. Jak każdy szanujący się samiec, nie zwrócę się o poradę do kogokolwiek innego, tak jak kierowca woli zaufać trzem urządzeniom nawigacyjnym niż miejscowemu przechodniowi. Ja wierzę w swoje nieistniejące doświadczenie i wyimaginową intuicję i wiem, co kupię. I kupię dobrze. I tanio.

Zaczynam więc od ceny. No, tak do 70 PLN. 75, rzucimy groszem. Wciąż nic? Dobra, 80... 90... O! Coś się pojawia. Czytamy.
I czytamy...
Ah, marketing! Sztuka kreowania popytu! Znajdowanie niszy! Nadawanie nowego opakowania staremu produktowi! Patrzę i nie wychodzę z podziwu! Spójrzcie sami!

Po pierwsze - zabezpieczenia! Taki MPM AJ-2036 ma zabezpiczenie przed przegrzaniem. Kto by o tym pomyślał? Do tej pory prasowanie to było przecież przeciwieństwo hutnictwa - żelazka się stapiały w pewnym momencie. A tu takie zabezpieczenie!
Po drugie - rodzaj stopy! O ileż dumniej brzmi Non-stick od "niestykające się", "niedotykające", "bezkontaktowe". Oczywiście, jeżeli jest inaczej, to nie podaje się, że jest inaczej niż non-stick. Nie ma stick, no bo jak?
Po trzecie - konstrukcja! Każdy przedstawiciel współczesnej kultury ma kontakt z technologią. I nie wiedzieć czemu, obok energii słonecznej i recyklingu, olbrzymią, acz niedostrzegalną karierę, robią uchwyty antypoślizgowe. Ja na poważnie pytam - skąd w takim EasyTouch ETA-5400 Trinity pomysł na antypoślizgowy uchwyt? Dłoń aż tak bardzo się poci? Ta sama dłoń, która godzinami utrzyma dzieciaka o wadze 6-10 kilogramów, przenosi codziennie stertę za stertą dokumentów, a kawałka metalu ważącego ok. 2 kilogramów nie utrzyma?
Można też podejść do kwestii konstrukcji inaczej. Tak jak w przypadku Bosch TDA 2610. W tym wynalazku, wprowadzono jeszcze innowacyjniejszą technologiję. Jest to bowiem żelazko z, cytując "Spiczastą końcówką ułatwiającą prasowanie trudnych miejsc". O kurde. Do tej pory chyba wszyscy prasowaliś swe rzeczy czołgami importowanymi z Egiptu, ponieważ tylko tam mogły osiągnąć stosowne temperatury, a powierzchnia prasująca była na tyle duża, że nie było potrzeby docierania do trudno dostępnych miejsc. Wszak czołg dotrze wszędzie!

Tak, to jest myśl. Prasować spodnie czołgiem. I zamiast lufy armatniej - pompka z wodą. Zamiast fartucha pancernego - podstawka non-stick. Tylko ten kabel gdzieś podziać, ale to zawsze można wokół wieżyczki nawijać. Tak... to jest przyszłość rozwoju tego przemysłu - od żelazek do żelastwa.



* Ciekawostka. Dawno nie miałem kłopotu z odmianą jakiegoś słowa. "Gniotących się"? "Gniecących się"? Czy jak? Przyznaję, że do końca nie wiem.
** Chociaż przydałoby się. Ot, chwila przyjemności przed odmóżdżeniem.
*** Nie, to nie jest ogłoszenie handlowe, usługowe czy matrymonialne.

piątek, 24 grudnia 2010

Pójdźmy wszyscy do stajenki...

Przyszły Święta. Widok roześmianych rodzin, zapach ciast, dźwięk kolęd... Nie wiem jak to gdzie indziej wygląda, naprawdę nie wiem. Ale ile można?

Taka choinka. Pocieszam się jedynie samą myślą o tym, że nie będzie mnie w domu na czas jej rozbierania. Gdzieś mi minęła taka szczeniacka radość z ubierania jej. Nawet, jak pojawiła się w domu taka mniejsza, bo jednometrowa, to i tak szlag człowieka trafia. Jedyne co lubię zakładać to lampki. Chyba z pasji do elektryki i tego, co może zabić. Być zabitym prądem, błyskawicą, wyładowaniem - to jest śmierć! A takim szkiełkiem z bombki potłuczonej? Co ja sobie zrobię? No bo jak się takie szkiełko wbije jak się je sprząta, to ono mi nic nie zrobi, tylko doprowadzi do pasji jeszcze większej. Malutki bólek, a jątrzy się i dwoi i troi, byleby rozstroić człowieka od środka*.

W przyszłym roku kupuję choinkę na usb. Podłącza się i świeci i już i kropka.

Inna sprawa - jedzenie. Głupi jestem, to znam tylko cztery diety, które sobie radzić mają ponoć z jakże powszechnym syndromem przejedzenia i tycia na Święta. Pierwszą jest chyba każdemu znana dieta cud.

Składniki: Cokolwiek

Stosowanie: Jeść cokolwiek, i to będzie cud jak schudniesz.

Druga jest już dla osób z doświadczeniem. Amatorów, powiedzmy. Powstała na fali szeroko rozumianego nurtu ekologicznego w naszym społeczeństwie. Dieta biodegradowalna.

Składniki: Drzewo. Zalecane korkowe z uwagi na powszechność występowania w naturalnej formie kształtu porządanego.

Stosowanie: Drzewem (zalece korkowe), naturalnie ukształtowane w kształcie korka, zatknąć pupę. To, co zjemy raz, będzie wykorzystane do ostatniej kalorii, zamiast marnotrawczo wydalone z organizmu. I zamiast jeść więcej, możemy najeść się w Wigilię i dotrzymać aż do Trzech Króli.

Trzecia dieta. Ułożone są one doświadczeniem wymaganym, więc naturalnie ta jest już przeznaczona dla specjalistów. Biodegradowalna dieta cud. Naukowcy potwierdzają, że Jezus był do tej pory jedynym, który ją skutecznie stosował przez 40 dni. Kaczka po żydowsku go złamała przed polepszaniem rekordu, wpisanego zresztą do Księgi Rekordów Guinessa.

Składniki: cokolwiek, drzewo korkowe

Stosowanie: podobnie, jak w przypadku diety cud, możemy jeść cokolwiek. I podobnie jak w przypadku diety biodegradowalnej, zatykamy pupę. Jak nas nie rozsadzi do tych Trzech Króli (a przypominam, że jedliśmy cały czas), to... pogratuluję osobiście. Pocztówką.

Ostatnia za to, to dieta dla weteranów. Chyba tylko ja tu pasuję. Dieta opracowana nie wiem gdzie i niewiadomo kiedy. Może przyszła do nas jak ta gwizdka z nieba? A może Jest to dieta MŻ.

Składniki: Cokolwiek

Stosowanie: Mniej Żreć.

Nie ma lepszej na jakiekolwiek Święta.

Ta, wiem. Obleśne :).

Ale my się tu relaksujemy, a kto pomarudzi? Od tego tu jestem dzisiaj.

Dlatego też wszystkim życzę doświadczenia, na fali nowej sympatii sympatii ekstremistów islamskich, organizowanej przez nich akcji "Każdemu niewiernemu bombka pod choinkę", zaś tym, którzy przeżyją do Sylwestra, wzięcia udziału w akcji ufundowanej przez Europejski Fundusz Spójności "Nowy Rok, Nowe Problemy". Nigdy nie jest lepiej, jest tylko gorzej, pogódźmy się z tym, żyjmy dalej, Wesołych Świąt i Wystrzałowego Sylwestra.

Życzy krogulczas :)


* W tych dwóch zdaniach ostatnich, 5 razy powstrzymałem się od użycia "wkurwia" i różnych wariacji. Czuję się lepszym pisarzem.

środa, 15 grudnia 2010

Postanowienia noworoczne 2011

Korzystając z kilku skumulowanych chwil oraz mając lżej na sercu, czasie i obowiązkach, pomyślałem, że warto już teraz wrzucić listę tzw. postanowień noworocznych. Ponieważ wychodzę z założenia, że jedno czy dwa ogólnikowe nie mają zazwyczaj sensu, wolałem skonstruować kilkanaście, ale precyzyjnych celów. Oto one:

Na poważnie


  • Obronić licencjat (In Nomine Patris et filli et Spiritus Sancti...)
  • Zarobić na dalsze studiowanie na psychologię w wakacje (jest na to plan i to lepszy niż w zeszłym roku!)
  • Zadbać o zdrowie, szczególnie o astmę i krew
  • Być na bieżąco z wydarzeniami na świecie (no jak mnie współlokator na rachunkowości poinformował, że Korea na krawędzi wojny się znalazła tj. dwa dni po ostrzale z Północy, to coś we mnie pękło)
  • Pisać 1 notkę na tydzień (zasługujecie na to :*)
  • Znaleźć miłość (w roku obecnym szału nie było)
  • Rozpocząć współpracę z jednym, dwoma czasopismami o tematyce międzynarodowej (jak nie ja, to kto?)
  • Rozpocząć procesy i działania celem wyjazdu na Węgry w roku 2012... (Central European University w Budapeszcie... chyba się w nim zakochałem)
  • ... lub rozpocząć procesy i działania celem wyjazdu na praktyki Erasmusa w 2012 (bo coś trzeba i tak robić i o czymś blogi pisać!)

Na wesoło

  • Nauczyć się robić drinki fajne (dość już mam piwa, wódki i wina "samych z siebie" - czas poszaleć)
  • Wprowadzić w życie projekt "Student i rzepa" (ta-jem-ni-ca...)
  • Umieć przyrządzić 10 nowych potraw z mięs i 10 z warzyw (ile można na tostach jechać, nie?)
  • Netbook (wygodny jestem)
  • Dysk zewnętrzny lub w ogóle nowy dysk (chyba mi sie bad sectory porobiły)
  • Starcraft 2 (LOVE)
  • Civilisation 5 (2 x LOVE)

Trochę nieczuły jestem, że tak nisko miłość i drinki wstawiam, nie? Obawiam się, że części z tych planów nie zrealizuję. Potrzebuję jednak narzucić sobie trochę szybsze tempo. Jakoś na taki przerost ambicji od zawsze cierpiałem.

A teraz życzcie mi powodzenia, bo 2011 będzie pierwszym tak intensywnie zaplanowanym rokiem.

czwartek, 2 grudnia 2010

Poważnie o bzdurach = bzdurowato o powadze

Gdy jest już ciemno, a na dworze mróz, śnieg i zima stulecia już druga w tym stuleciu, zbiera się człowiekowi na pisanie.

Akurat sporo mam tego. Jako odstresowanie, walnę sobie tekścik tutaj, a co. Czuję się bardzo dobrze, więc właściwym zabiegiem będzie podzielenie się tym z wami, nie? Bo jeszcze rok temu, jakby ktoś mi powiedział, że będę miał w grudniu do napisania i /lub wygłoszenia sześć tekstów, w tym jeden na konferencję, dwa na poprowadzenie zajęć, kolejne dwa to artykuły mniej lub bardziej naukowe i 1/4 pracy licencjackiej, to... uśmiechnąłbym się i zapytał co sądzi o tym różowym słoniu na suficie - istniałaby spora szansa, że go zobaczy. Albo stwierdzi, że to nie różowy słoń, ale duch Mickiewicza na różowym słoniu. Indyjskim czy innym.

A dzisiaj to moja rzeczywistość. Te teksty, nie słonie. Zwyczajnie. Norma. I podoba mi się to.

Cennne żydowskie prawidło mówi: jeżeli jedna osoba proponuje ci, żebyś coś robił, uśmiechnij się. Jeżeli mówią to dwie osoby, potraktuj to jak komplement. Jeżeli zaś mówią to trzy osoby z rzędu, zrób to, bo coś jest na rzeczy. Robię więc. I wracam. Tworzyć, stwarzać i wytwarzać. Warto posłuchać oczekiwań ludzi, bo przynajmniej masz trochę większą nadzieję, że jest jakiś cel tego działania.

Zrobię co w mojej mocy, aby jednak coś fajnego wrzucić w najbliższym czasie. Macie może propozycje, co i o czym?

sobota, 20 listopada 2010

Wznoś pomniki samemu sobie

Tak. Mam czas. Mam chęć. Mam pomysł. I mam siły. Żeby pisać.


Odcinek 3. Wznoś pomniki samemu sobie

Motywacja jest tym, co pozwala Ci zacząć. Nawyk jest tym, co pozwala Ci wytrwać.

Jim Ryun


Doszliśmy już do tego, że trzeba przygotować się na różne wyniki naszych działań. Wiemy też już, że plany zbyt dalekosiężne są głupotą.

Co je łączy? Bo przecież mamy efekt, mieliśmy też cele. To, czego nam brakuje, aby przemieścić się pomiędzy nimi, to środki. A środkiem do osiągnięcia pewnych celów, jest praca.

Praca to jednak niewdzięczna jest, o tak. Choćbyśmy wyłazili ze skóry własnej, nie jesteśmy w stanie w 100% doznać przedwcześnie jej efektów, zanim rzeczywiście je odczujemy. Zazwyczaj sprowadzi się to do tego, że osiągając jakiś cel, trzeba wyznaczyć nam samym następny. 

Ale jak to? Tak... bez laurów? Właśnie bez laurów. Aby do nałożenia laurów doszło, potrzebujemy kogoś innego, żeby je nam nałożył. Innymi słowy, ktoś rzeczywiście musi docenić nasz wysiłek.

Podzielę się tutaj z wami taką moją refleksją. O tym, co naprawdę trudno usłyszeć z ust młodych ludzi - słów uznania. Przypomnijcie sobie, kiedy ostatni raz mieliście kontakt z kimś, kto odniósł sukces. Co czuliście? Co powiedzieliście? "Gratuluję", "Dziękuję za wsparcie", "Ładnie wyglądasz", "Nigdy o tym nie pomyślałem". Wspólnym mianownikiem tych wypowiedzi jest opinia własna. Racjonalna. Tymczasem, jeżeli rzeczywiście na nas wpłynął, pojawiają się zupełnie inne bodźce - uczucia. Uczucie sympatii, samospełnienia, siły, wiary.

Z czego to wynika? Możliwe, że z coraz bardziej rozpowszechnionej mody na odróżnianie czynów. Wiecie, "krytykuj zachowania, a nie człowieka". Przekładać się to winno też na pochwały, żeby dana osoba nie poczuła się... no właśnie jak?

Wprost zapytam - żałujecie komuś? Jeżeli uznajecie kogoś za niesamowitą inspirację, powiedzcie mu to! Jego dorobek stał się dla ciebie źródłem siły? Jego praca nie poszła więc na marne, bo ty ją wykorzystałeś. Warto spojrzeć na to z tej perspektywy.

Skoro wiemy już, że należy docenić otaczające nas zewsząd takie nasze prywatne autorytety, pora powiedzieć, jak można znaleźć siłę, żeby samemu dążyć do bycia kimś lepszym. 

Podejdź do lustra. Spójrz w nie i uśmiechnij się. Opowiedz sobie jakiś dowcip, przypomnij sobie wtopę na jakiejś imprezie - ma to być szczery uśmiech, a nie podniesione wargi czy wystawione zęby. Spójrz na to, czego się już do cholery nauczyłeś. Co osiągnąłeś. Masz powody do bycia dumnym.

  • Umiesz pisać i czytać w języku ojczystym, jakimś obcym albo dwóch czy trzech.
  • Znasz masę ludzi, którzy świetnie czują się w twoim towarzystwie.
  • Masz być może partnera, który z tobą też z jakiegoś powodu jest - wyglądu, humoru, intelektu, zdolności kredytowej :)
  • Studiujesz czy pracujesz - to bez znaczenia. Doskonalisz się. Wiesz, że to, co robisz, jest dla ciebie ważne i opłaca ci się w tym doskonalić.
  • Masz na pewną swoją własną, unikatową, a na pewno rzadko spotykaną u innych cechę, powiem nawet - cnotę. Wytrwałosć, łatwość zdobywania informacji, nowych przyjaciół, klientów, poszerzania wiedzy, niesamowitą intuicję w pewnych sprawach, piękne włosy, twarz, seksowny tyłek, elegancki styl bycia... Masz w sobie to coś.

 Zobacz, ile już osiągnąłeś. Spójrz, co chcesz osiągnąć.

Marzenie to powinno cię minimalnie przestraszyć i maksymalnie podniecić.

To w końcu w naszym interesie jest realizacja naszego interesu. Owszem, trzeba ogarniać życie na tyle, na ile tego inni od nas wymagają jeżeli tylko mają podstawy, aby wymagać. Ale nikt pomnika ci nie postawi. Pomnik musisz postawić samemu sobie.

Pomniki jednak wznosimy przede wszystkim jako wyznaczniki pewnych wydarzeń, które należą do przeszłości. Ważne, żeby stawiać je cały czas. Bo w końcu jaki jest pożytek w tym, że siądziemy pod ostatnim z nich i rozmarzymy się nad nim?  Dlatego też, kiedy szukasz inspiracji w samym sobie, przechodź obok pomników. Wspominaj.

Niekiedy będziesz chciał się przyjrzeć, często przejdziesz obojętnie obok, czasem przy okazji poświętujesz, złożysz może kwiaty uznania. Jeżeli zmieni się rzeczywistość, to i o pomniku trzeba będzie zapomnieć, a najgorszym przypadku - zburzyć. Po to, by zrobić miejsce pod nową historię. Twoją historię, pisaną od zawsze przez ciebie i wyłącznie dla ciebie. 


***


Potrzebowałem chwilę odetchnąć. Siedzę sobie teraz na szybko w Radomsku - taki wypad na weekend. Można powiedzieć, że za dużo pomników sobie w ostatnim miesiącu nastawiałem. Sam sobie i swoim ambicjom jestem winien :)