poniedziałek, 21 maja 2012
W maju na haju, więc przytul chaos
poniedziałek, 23 maja 2011
O zdrowiu od dupy strony
Nie znoszę tego momentu, kiedy widzę jedno zdanie, z którym się nie zgadzam. Wtedy siadam do pisania. Zamiast oczywiście zakuwać to zdanie, bo za dwa dni kolokwium – jakżeby inaczej. "Inaczej", "inną metodą" się nie liczy. Tym razem trafiłem na nie w "Psychologii poznania" Tomasza Maruszewskiego, gdzie imć Tomasz (parafrazując) zgodził się ze zdaniem "punkt widzenia zależy od punktu siedzenia", a to oznacza, że wzrok nie dostarcza nam rzetelnych informacji na temat świata otaczającego.
No i?
Pomyślmy nad tym na chwilę. Puśćmy wodze tym liberalnym fantazjom – niech każdy widzi to, w co wierzy. I wierzy w to, co widzi. Albo na odwrót. W sensie, niech pierwotną będzie widzenie, a następnie absolutne przekonanie, a wtórną niech będzie wiara poprzedzająca postrzeganie.
Dzisiaj biorąc prysznic wpadłem na kolejny z moich genialnych pomysłów, który w sumie jest ściśle powiązany z tym, co mi właśnie sprezentował Maruszewski. Mówię tutaj o rodzaju konferencji naukowej. Na której każdemu miałoby odbić. Każdy miałby zwariować. Celowo wyciąć sobie piątą klepkę. Zdetonować synchronicznie poszczególne płaty w mózgu, a jakby to nie zadziałało – wyprasować ten pognieciony narząd w maglu albo u mamy. Lobotomia, leki i lunatycy – wszystko dozwolę, byleby nikt nie miał sprawnego umysłu.
Konferencja, na której każdy naukowiec założyłby, że choroba jest tak naprawdę oznaką zdrowia. "O zdrowiu psychicznym od dupy strony" – myślę, że tak można to wstępnie nazwać.
Czemu miałoby to służyć? Twierdzi się, że wiemy, co jest zdrowe. Czy jednak aby do końca? Czy mamy pełnię wiedzy o procesach zachodzących w naszych ciałach? Twierdzi się, że no nie. Takiej wiedzy nikt nie posiada. Dlaczego więc, dla rzetelności, naukowości itp. nie sprawdzić, czemu mogłaby przysłużyć się dana jednostka chorobowa? Co można dzięki niej osiągnąć?
W najlepszym wypadku, doprowadziłoby to do rewolucji.
W najgorszym, doprowadziłoby to do rewolucji i lepszego zrozumienia danych chorób.
Tak czy owak, pomysł jest mój i wara od niego. Jeszcze kiedyś się psychole zjadą, zobaczycie.
A skoro notka wrzucona, okna pomyte, pościel przewietrzona i pranie zrobione, to zmywanie naczyń i podłogi (różnymi środkami) zostawiam na jutro. Teraz może się w końcu pouczę.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Bezprzewodowość
niedziela, 10 kwietnia 2011
Jak wierzę?
Dotej pory wierzyłem w dwie pewne rzeczy. Logikę i muzykę.
Od dzisiaj wierzę w logikę, muzykę i miłość.
Tak już jest. Dzięki Oldze takiej. Dziękuję Ci za to.
środa, 6 kwietnia 2011
Lekarzu lecz się sam
Jakże by to było, gdybym się nie zawiesił. Oficjalna wersja jest taka, że testowałem jak spadnie czytelnictwo bloga, jezeli zostawię go samemu sobie na miesiąc. Spada drastycznie, jak się można domyślić. I przy tej oficjalnej wersji, pomijającej moje braki czasu na pisanie, pozostańmy.
Miało być o mężczyznach i lekarzach, ale dzięki pewnym zajęciom na psychologii będzie też i o niej. Do rzeczy tedy!
Zwykło się obserwować, że przeciętny samiec jest jednostką niebywale podatną na wpływ środowiska zewnętrznego. Bakterie, grzyby, wirusy czy inne immunoustrojstwa - one istniały tylko w jednym celu. Czekały cierpliwie na samców alfa, beta i Romanów. Są zaprojektowane jako nadzwyczaj efektywna broń biologiczna. A z uzbrojonymi, niewidocznymi zabójcami się nie negocjuje, jak uczą nas filmy. Trzeba się ich pozbyć.
Operacja pod kryptonimem "Olaboga" szybko jednak jest w stanie swym zasiegiem objąć coraz większe obszary, aż w końcu potrzeba jest cała kampania witaminowo-coldrexowa. I kogo ma taki facet za sojusznika? Kobietę. W najlepszym wypadku - rodzoną matkę. W najgorszym - teściową. Obie istoty (jak i wszelkie ich stadia pośrednie, jak np. dziewczyna, żona) doprowadzają go do białej gorączki (o ironio, dosłownie). Traci się zmysły od tego (o ironio, ponownie dosłownie).
Dla takich chwil swej słabości właśnie, mężczyzna wynalazł płatną opiekę zdrowotną. Dzięki prostej transakcji zyskuje rozwiązanie, a pomija kontakt z jakże kłopotliwymi dla siebie osobami. Drogo, ale wygodnie. Boli, ale działa. A lekarze debile na to przystali.
Pomyślcie! Jest grupa ludzi, którzy wiedzą wszystko o życiu i śmierci. Ich słowa, powaga, autorytet decydują i wpływają na decyzje tysięcy ludzi wydających swe ostatnie tchnienia. Nawet ci intensywnie kaszlący muszą się z nimi dogadać, bo wkrótce im powietrza zabraknie. Każdy człowiek w obliczu zagrożenia dla własnego ciała, jest we współczesnym świecie bezradny. Zdany na innych. I ci inni są gotowi zrezygnować z absolutnej władzy nad życiem za odrobinę papieru...
No czy lekarze nie są, wedle kryteriów każdej kultury, głupcami?
Zagalopowałbym się jednak, wjeżdżając tak na nich. Prawda jest taka, że zdolność do rezygnowania z pewnych przywilejów nie jest domeną jedynie lekarzy. Problem zaczyna się wtedy, gdy cała nauka jest gotowa stanąć na głowie i wrócić do czasów scholastyki.
Wtedy to "wiara szukała zrozumienia". Dzisiaj powiedzielibyśmy, że sądy aprioryczne determinują potrzebę poszukiwania determinantów potwierdzających takie stanowisko. I im częściej słucham ćwiczeniowców, tym bardziej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że niestety, ale wróciliśmy do metodologicznego średniowiecza. Nie wiem, jak daleko sięga to zjawisko w Instytucie Psychologii UŁ, ale póki co metoda, jaką przekazują mi "mądrości" nie napawa optymizmem.
Tak po prostu mam, że jeżeli ktoś zdecyduje się popełnić mi stwierdzenie "to jest x" to ja automatycznie myślę sobie "to nie jest x". Tym bardziej mnie podjudza, jak ktoś mi twierdzi "to jest x i nie ma opcji, aby to nie było x". I wtedy, dzięki mojemu stwierdzeniu, zaczyna sie taniec.
Oboje mamy racje, dopóki któraś ze stron nie stwierdzi, że racja jest tam. I często pozwala na więcej - udaje się na tyle przyszpilić interlokutora, że przyzna się, co szwankuje w tym jego stanowisku. Przyznaję jednak, że chociaż dialektyka nie jest dość ciekawą gałęzią uprawiania nauki, to sprawdza się świetnie jako poruszająca dyskusję. I tak na marginesie, najlepiej się czuję wtedy, kiedy się mylę. Nie ma lepszego zrozumienia, zwyczajnie.
Nie można nazwać czegoś nauką tylko dlatego, że będzie to metoda scholastyczna pomniejszona o aspekt boski, a poszerzona o statystykę i zdolność przyznania się do tego, że jest to w gruncie rzeczy scholastyka. Tak to jednak na razie wygląda. I coś tu nie gra. Nie o to w tym chodziło, aby po wiekach wracać na pozycje dogmatów i aksjomatów. Ja wyrażam sprzeciw wobec prostoty myśli, pytania i hipotezy. Wyrażam sprzeciw wobec głupoty z wyboru. Brak jest dla niej miejsca w tym przeludniającym się świecie.
Tedy zaklinam was! myślcie.
środa, 16 lutego 2011
Gdy samiec niedomaga

Każdy mężczyzna choruje. Nie ma wyjątku, zmiłowania czy rozgrzeszenia. Tak jak przyczyną 99% rozwodów jest małżeństwo, tak nie spotka się faceta, który nie zachoruje. I wtedy to, na ogół zimnokrwisty, pozbawiony uczuć samiec wykorzystać potrafi niesamowitą gamę zabiegów komunikacyjnych, na poziomie werbalnym i niewerbalnym, byleby tylko chorować jak najdłużej.
Choroba składa się (jak wszystko w obecnych czasach) z pięciu etapów dobrze znanych z godzenia się z rakiem, umieranime, odrzuceniem, utratą pracy czy czymkolwiek innym. Warto tą (jak się wydaje) genetycznie zakodowaną umiejętność prześledzić. Najlepiej na bazie wypowiedzi przeciętnego faceta.
Etap pierwszy: Zaprzeczenie
"Ja? Chory? Proszę cię"
"Gdybym był chory, nie wyjąłbym z lodówki piwa piwa i nie potrafiłbym napić się AAAAAARGH KRUWA MOJE ZATOKI"
"Ale miałem tyle planów... Piwo, poker, maraton koncertowo-filmowy, wyjazd do Tomka, napad na bank, skok na spadochronie, bicie rekordu w ilości zjedzonych schabowych... Ja nie mogę tego odpuścić..."
Etap drugi: Gniew
"Ktoś musi wyżywić tą rodzinę / napisać ten egzamin / wypić to piwo. Samo się nie zrobi, kobieto / potomku (syn lub córka) / chłopie!"
"No pięknie! Nie miało kiedy! Ekstra...! Ojjj jak boli mnie głowa..."
"Jeszcze jedno *kaszel* słowo, a *kaszel* już *kaszel**kaszel* *kaszel* *kaszel* *kaszel* bo wtedy *kaszel* *kaszel* *kaszel* ... O CZYM JA MÓWIŁEM! *kaszel*
Etap trzeci: Negocjacje
- Chcesz jeszcze herbatki?
- Tylko trochę.
- Z miodem czy z cukrem?
- Z miodem. I cukrem.
- Oba?!
- Ja tu umieram!!! *kaszel* *kaszel* *kaszel* *kaszel* *kaszel*
Etap czwarty: Depresja
- Ile jest?
- 37,8.
- No to już po mnie... - po chwili jednak dodaje - zmierz jeszcze raz.
(po chwili)
- I ile...?
- 37,9.
- Przyniesiesz mi koc? Chce umrzeć w cieple - a po przyniesieniu piątego koca - zmierz jeszcze raz.
(po kolejnej chwili)
- 37,9
- Oh, zgrozo! Koniec jest bliski.
- O czym ty bredzisz?
- Organizm przestaje walczyć...
Etap piąty: Akceptacja
"Chyba już mi lepiej"
"Tak naprawdę to to nic wielkiego nie było"
"Ja? Chory? Proszę cię"
Następna notka zaś będzie kontynuacja tej uroczej historii. Udowodnię wam, że to mężczyzna wynalazł system płatnej i prywatnej opieki zdrowotnej, czego można mieć bardzo szybko dość i czemu lekarze to w gruncie rzeczy idioci.
sobota, 5 lutego 2011
Seksu nie będzie

Sporo czasu temu, myślałem, że dziwnym jest zakazanie psom szczekania...
... ale zakaz szczekania dla psów po prostu wymięka wobec zakazu seksu dla człowieka.
Niskie IQ? Seksu nie będzie.
Powiem tak: Mamy tutaj dowód, że Brytyjskie sądownictwo i orzekanie jest pojebane. Od tej pory to głoszę wszem i wobec i ten wyrok jest tego niepodważalnym dowodem.
Idiotyzm opanowuje świat, a ja sie zwariować nie pozwolę. Warto zwrócić uwagę, że ów nieszczęsny dureń współżył z facetem, a sąd podał, że tenże dureń może nie wiedzieć, że seks prowadzi do ciąży. Wybaczcie, ale mam podstawy wątpić, czy by mu się to udało. Ale nie, to, że wierzy w bociany ewidentnie doprowadzi jego partnera do ciąży.
Ja z tego pociagu wysiadam, moi drodzy. Ułomni nikomu zagrażają. Debile na wysokich stanowiskach - już niestety tak.
sobota, 22 stycznia 2011
Credo scientia
Przyszło mi dzisiaj zrozumieć, czemu Wikipedia mogłaby być postrzegana, jako swego rodzaju zagrożenie dla nauki. Otóż wiedza stworzyła struktury zbyt rozbudowane. Jest jej zbyt wiele. Jej do tego stopnia dużo, iż nikt nie jest już w stanie jej w całości przyswoić. Jest to fizycznie niemożliwe. Cały dorobek części ludzkiej kultury, jaką niewątpliwie nauka jest, wymknął się poza kontrolę i pojmowanie ludzkie.
Nie jest niemożliwym przyswojenia olbrzymiego odsetka tej wiedzy, wręcz przeciwnie. Mutacje genetyczne w rodzaju pamięci ejdetycznej czy synestezji są znakiem, że nasze ciała próbują znaleźć nowe sposoby postrzegania rzeczywistości. Oczywiście, żaden ze mnie ekspert. Nie wiem, czy synestezja jest powodowana inną sekwencją DNA odpowiedzialną za tworzenie się specyficznych połączeń nerwowych, ani też czy nie jest to przypadkiem – połączenia te mają pewną szansę na utworzenie się czystą siłą matematyki. Jakie geny są w takim razie obecnie odpowiedzialne za wytwarzanie tych konkretnych połączeń nerwowych*? My jednak nie o tym.
Ustaliliśmy już, że w dzisiejszych czasach wiedza, jaką wytworzyliśmy i zgromadziliśmy przerosła nasze zdolności przyswajania i poznania. Można powiedzieć, że budując wieżę Babel, nawet nie potrzebowaliśmy Boga, żeby sobie sami namieszać. I oto stoimy w obliczu niemożliwości ponownego zjednoczenia historycznego dorobku ludzkości w obrębie ani jednego umysłu, miasta, nawet państwa i kontynentu. Umysły nasze jednak nie uciekły jeszcze poza kolebkę swą, jaką jest Ziemia. Jeżeli jednak zaufać słowom Konstantyna Edwardowicza Ciołkowskiego, to długo tu pobyć nie pobędziemy**. I wtedy już trudniej będzie gromadzić wiedzę w jednym miejscu.
Póki jednak jesteśmy na planecie zwanej Ziemią, wykorzystajmy w pełni to, czym już dysponujemy. Gromadzenie wiedzy w formie zdigitalizowanej i udostępnianej za pośrednictwem internetu jest jedynym rozwiązaniem. I uwierzcie mi, w Google nie znają się na wyszukiwaniu. Wciąż opierają się na starym systemie, który można przyrównać do zakładki w książce – wiemy, czego szukać, jeżeli wcześniej mieliśmy z tym kontakt. To, do czego winniśmy dążyć w momencie, kiedy chcieliśmy powrócić do budowy naszej Wieży Babel, to stworzenie systemu, który nie wiedziałby, czego poszukuje. Na takiej zasadzie działa w tej chwili wcale nieźle opisany, lecz fatalnie poznany ludzki organ – mózg.
Zauważmy, że to, co postrzegamy i nazywamy jest wytworem jedynie systemu znaków, jakim jest każdy język tego świata, który został zaadaptowany do konkretnej kultury. Bodźce odbierane przez nasze zmysły są (poza moimi ulubionymi synestetykami) są zaprogramowane na bycie odbieranymi w konkretny sposób, analizowane i przetwarzane w konkretnym ośrodku i wywołujące konkretne skutki. Światło pobudza czopki i pręciki, potem dużo się dzieje w nerwach wzrokowych, w płacie potylicznym (i nie tylko), potem impulsy skaczą tu i tam i voila – mamy obraz. To czysta chemia i fizyka.
To, czego potrzeba nam w miejsce Google, to system w głównej mierze oparty na wyłączenie odbiorze, wyłącznie przetworzeniu i wyłącznie wywołaniu reakcji. Współcześnie, internetowi brakuje tego ostatniego – zdolności wywarcia natychmiastowej reakcji. Zatrzymaliśmy się w naszym rozwoju technicznym na gromadzeniu wiedzy, ale kompletnie leży metoda jej ponownego przyswojenia, zaadaptowania do potrzeb, a potem naturalnie oddanie do ponownej cyrkulacji, tak jak możemy świadomie wpływać na zasoby naszej pamięci długotrwałej poprzez (upraszczając!) pamięć krótkotrwałą.
Dużą szansę dlatego widzę w systemach, które rozwijają Japończycy. Jak chociażby ten:
http://gizmodo.pl/gadgets/13175/aplikacja_liczaca_kalorie_zmotywuje_lepiej_niz_ciasne_portki.html
Taka sama idea jest przedstawiona w dwunastym odcinku czwartego sezonu sitcomu „The Big Bang Theory”. Oraz w anime „Eden of the East”. O co chodzi? Wyobraźcie sobie, że macie aparat komórkowy, połączony z internetem oczywiście. Nakierowujcie aparat cyfrowy w tymże telefonie na obiekt waszego zainteresowania… i już po chwili na wyświetlaczu pojawiają wam się wszystkie informacje o nim dostępne. Albo wybrane. Dla zobrazowania, podam informacje, jakie przewijają się w podanych przeze mnie przykładach: pierwsze to kaloryczność potrawy (podawana na bazie koloru, gęstości, rozmiarów i innych zmiennych poddanych obliczeniom), w „The Big Bang Theory” próbują za to stworzyć dwie aplikacje do iPhone’a – jedna ma pomóc rozróżniać wzory matematyczne, z jakimi się spotykają, a druga wynajdować w sklepach buty, jakie ktoś nosi (tak, robiona przez kobietę ;-)). W „Eden of the East” z kolei system ten idzie najdalej – pozwala wyszukać ludzi. Chociaż z patrząc na to z innej strony, Facebookowi już niewiele do tego brakuje (chociażby przez usługę places). Doprowadzenie tego typu projektów do końca będzie rewolucją w wirtualnym świecie. Sądzę, że do 2015 roku tego rodzaju rozwiązania będą już gotowe do rozpowszechniania, w 2017 osiągną najlepsze wyniki, a potem zaczną stopniowo wychodzić poza siedliska ziemskich technokracji.
I tak oto zbliżamy się do konkluzji tych techno-wypocin. To, czego ludzkości brakuje, to sprawność w zarządzaniu swą wiedzą. Zatrzymaliśmy się na etapie zgromadzenia wiedzy. Jak jednak powie każdy dobrze zarabiający logistyk – magazynowanie generuje olbrzymie koszty, nieomalże największe. I są to koszty nie tylko stałe, ale i nieustannie rosnące – wiedzy wytwarzanej jest więcej niż tej zanikającej. Biblioteki, serwery, płyty CD i DVD, książki… wszystko to ma swą fizyczną formę, a więc zajmuje naprawdę pokaźną przestrzeń. Nie, nie wiem jaką, ale jak sobie pomyślę, że każde szanujące się państwo ma swoją bibliotekę narodową, uniwersytety, agencja rządowe i organizacje pozarządowe, korporacje, firmy, wreszcie zwykłych ludzi… ilość danych, jakie ludzie generują w każdej sekundzie, nadając im fizyczną formę i wysyłając dalej w świat jest tak niewyobrażalna i niepojmowalna, że aż przeraża.
Dlatego właśnie ufam Wikipedii. Może ona zrewolucjonizować naukę, pozbawiając ją możliwości gromadzenia wiedzy dla samej siebie. Będzie ona mogła być natychmiast zutylizowana, bez potrzeby rozważania, co jest prawdą, a co nie. To projekt, który jest pierwszą tego rodzaju próbą zgromadzenia całej wiedzy, dostępnej dla każdego. To tylko skromny przedsmak tego, co możemy osiągnąć i zaledwie skromny ułamek tego, czym będzie każdy z nas w przyszłości dysponować. Bo wszakże do tego zawsze dążyła nauka – do opisania i zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości.
Prędzej czy później jej się to uda. Wierzę w naukę.
* Tak, jestem wielkim fanem inżynierii genetycznej i widzę w niej największy potencjał. Wydało się :-).
** „Sky is the limit”, powiecie? To już przecie od Sputnika nieaktualne… A skoro nieaktualne, to kwestią czasu jest, aż przyjdzie nowe, lepsze. Przyszłość jest w gwiazdach!
piątek, 21 stycznia 2011
Franak Wiaczorka
Pewnie części z was nic to imię nie mówi. Wprost powiem - mnie do dzisiaj też nic nie mówiło. Miałem dzisiaj bowiem okazję spotkać się z osobą w moim wieku, która dokonała do tej pory więcej, niż ktokolwiek, kto jest moim rówieśnikiem.I oto otrzymałem link do relacji z tego spotkania. Początkowe zdziwienie przerodziło się w oburzenie, któremu dałem wyraz w poniższym mailu. Okazało się bowiem, że jak na stację nastawioną - w miejsce kreacji opinii w społeczeństwie - wyłącznie na komentarz, nawet dobrze skomentować nie potrafią. Że o niemożliwości skomentowania nie wspomnę. Jedynie mogłem to polecić na kilkuset portalach społecznościowych i mikroblogach. Tylko na co mi one, skoro ludzie chcą znać opinię tu i teraz, a nie szperać za nią po tych setkach platform. Napisałem więc mail.
A co dokładnie schrzanili? Myślę, że treść tego maila wyjaśni, o co się rozchodzi.
Witam serdecznie,
Chodzi mi w szczególności o zwrot, jakoby pan Wiaczorka mówił "o utraconych nadziejach na demokrację". Nie wiem, kto zdecydował się na użycie tego zwrotu, lecz dla czytelnika komunikat wysyłany poprzez zwrot "utracone nadzieje" nie może być bardziej klarowny - opozycja przegrała raz na zawsze. Strata jest nieodwracalna i w tym momencie sugeruje to, że również i dla Białorusi nie ma żadnej, nomen omen, nadziei.
Po co w takim razie przyjechał na to spotkanie? Żeby obwieścić, że "stracili nadzieję, dobra ta kawa, miło było"? Co to, to nie!
Uważam, że gotowy materiał, jaki został wyemitowany jest skrajnie nieprecyzyjny w swym przekazie. Pani Marta Kosiorek, sygnowana jako osoba, która realizowała omawiany przeze mnie materiał, weszła do sali już po rozpoczęciu spotkania, przerywając wystąpienie pana Wiaczorka. Wraz z operatorem kamery pobyli chwile na sali, po czym poprosili pana Wiaczorka na zewnątrz celem przeprowadzenia wywiadu. Chwilę później wywiadu udzielał również pan Bartosz Domaszkiewicz... i tyle widziałem panią reporter.
Podchodząc do sprawy rzetelnie tj. przeznaczając na to spotkanie więcej czasu, dowiedziałaby się w trakcie rozmowy, która była drugą częścią spotkania, iż ani Wiaczorka, ani opozycja białoruska nie "utracili nadziei". Zadałem wówczas pytanie, dość rozbudowane, bo przyznaję - nie było łatwo je zadać. Orzecież mówiliśmy nie tylko wolności słowa, ale przede wszystkim o represjach, przemocy, napadach i aresztowaniach. W skrócie, poprosiłem pana Wiaczorka o opinię w sprawie mojego osobistego porównania wydarzeń na placu w Mińsku do wydarzeń z Tian'anmen, a konkretnie, czy nie obawia się zaostrzenia represji do tego stopnia, że wszelka działalność opozycja zostanie raz na zawsze ukrócona, tak jak miało to miejsce w swoim czasie w Chinach.
Pan Franak Wiaczorka kategorycznie zaprzeczył.
A to oznacza, że kompletnie niezgodnym z prawdą jest przytaczanie jego słów jako wyrazu... sam nie wiem czego. Żalu? Smutku? Weltschmerzu? Aktywista tej rangi, który był w wojsku i karcerze, aresztach, więzieniu, wyrzucany z każdej uczelni, którego matkę bito, rodzinie jego dziewczyny represjonowano, a przyjaciół odwiedzał w szpitalu lub którym grożono śmiercią... tak po prostu powie, że "stracił nadzieję"? O nie.
On wierzy, w to, co robi. Musi wierzyć. Formułowanie tak raniących dla niego słów to nie tylko obelga dla niego, ale wszystkich ludzi, którzych wymieniłem i wielu innych, o których na tym spotkaniu mówił. Jeżeli w TVP Łódź pragniecie wypełniać swą misję jako dziennikarze służący przede wszystkim prawdzie, zacznijcie od chociażby sprostowania zapisu na swej stronie.
Z wyrazami szacunku
Bartłomiej Krogulec
Ciekawi mnie, czy odpowiedzą, czy to mnie, czy to poprzez zmianę tego wpisu.
sobota, 15 stycznia 2011
O portalach informacyjnych
Zasubskrybowałem sobie w swoim czasie sporo kanałów RSS. Nigdy nie lubiłem wchodzenia na portale i cackania się z ich, co tu wiele opowiadać, chaotyczną strukturą*. A informacji potrzebuję.W ramach opisanego jakiś czas temu odpokutowania za brak wiedzy o sytuacji w Korei.
Przed paroma dniami, oprócz Interii, wp, tvn24 i money.pl, dorzuciłem jeszcze brytyjskiego The Guardian. Ot, coby mieć spojrzenie na sprawy z trochę ciekawszej, niż naszej, jakby nie patrzeć, upośledzonej, poskiej perspektywy**. Do tego jeszcze New York Times i Washington Post. Financial Times domagał sie rejestracji, a i wtedy miałbym dostęp do szalonej ilości bodajże 10 artykułów na tydzień, jak codziennie publikują po 15-20, więc nie, podziękuję. No i Gizmodo - godny polecenia portal śledzący nowinki w technice, sieci i, przede wszystkim, gadżetach. Są bliscy produkcji porno o iPhonie 4 i innych, ale jeżeli pominie się tą zrozumiałą falę ekscytacji tym bajerkiem, pozostaje kawał naprawdę porządnego serwisu.
I teraz naprawdę widzę, jak daleko naszej prasie internetowej jest do... no, godziwego poziomu. Aczkolwiek, money.pl i Interia stoją najlepiej. Interię cenię za dobry odsetek fajnych artykułów, które nie są jedynie wznowieniami newsów sprzed paru godzin. Inna sprawa, że nagminne jest w tych portalach "przywoływanie" poprzednio podanych informacji. Czyli jak piszą o kolejnych zmianach z OFE, to zawsze przywołają propozycje Tuska sprzed miesiąca. A jak o PKP, to że kłopoty są spowodowane zmianą, która miała miejsce wtedy i wtedy. Każdy już o tym wie, ale news zawsze zostanie sztucznie wydłużony. Niewiadomo w sumie po co, bo tylko się newsa postarza przez to.
Na obronę takiego stanu rzeczy w Polsce, mogę powiedzieć, że NYT wcale lepszy nie jest. No chyba uż ze 4o artykułów o strzelaninie w Arizonie napisali. Artykułów, a nie takich wznowionek. Każdy po kilka stron. Z drugiej strony, postrzelenie kongresmena i zabójstwo 6 osób to dla Ameryki coś na miarę naszego zeszłorocznego Smoleńska - coś takiego się codziennie nie zdarza.
Z drugiej strony The Guardian wypisujący co chwila o Assangu - że go zwolniono; że go jednak monitorują; że ekstradycja; że nie będzie ekstradycji... Fajnie z ich strony, że go popierali, niefajnie, że się z poparcia wycofali, ale zarabiać na nim tak czy owak zarabiają. Taka formuła wiadomości, wybaczcie, ale musi być ignorowana, żeby sobie czasu nie marnować na czytanie w kółko jednego i tego samego. Na obecną chwilę, dzięki takiemu rozwiązaniu, doszło do tego, że Guardian stanowi chyba połowę wszystkich artykułów, jakie do mnie spływają. Połowa należy do jednego serwisu, rozbitego na dwa kanały, w porównaniu do łącznie ośmiu serwisów i 14 kanałów. Madness!
Co mogę polecić?
- Washington Post ma świetne artykuły popularno-naukowe. Cudownie sie to czyta.
- Interia najlepiej sobie radzi z informowaniem o istotnych wydarzeniach na świecie. Mówię tu o rzeczowości, bo nad ilością mogliby popracować. I trzymajcie się z daleka od "Nauki" - więcej się o MAK naczytacie, niż o NASA.
- Raporty money.pl to świetny zbiór eksperckich opnii na poruszane przez nich tematy. Szkoda, że w tempie 1-2 na tydzień. Nieregularnie.
W najbliższym czasie będzie mi trzeba poszukać angielskich wydań serwisów z innych krajów. Russia Today i Today's Zaman (turecki ;)) pójdą na pierwszy ogień. Oprócz tego, szukam teraz dobrych think tanków. Najlepiej działających przy jakimś uniwersytecie, z uwagi na mój brak zaufania do sektora prywatnego, który jednak tworzyć będzie opinie na swoje potrzeby w pierwszej kolejności. Coś fajnego nie wpadło wam w oko?
* Pokażcie mi dobry portal informacyjny, z kategorii tych "do wszystkiego", w którym nie idzie się pogubić. Im bardziej rozbudowana struktura, tym większa szansa na pogubienie się w niej, ot co.
** Czy wam też nie pasuje w tym zdaniu taka ilość przecinków? Bo teoretycznie, element po elemencie, tak to właśnie powinno, o zgrozo, być oddzielone. Brrr. Grammar.
czwartek, 6 stycznia 2011
Kupuję żelazko
Zgadza się! Nawet studentowi czasem przydaje się żelazko. Na święta dostałem nawet ładną koszulę, to wypadałoby ją jakoś przyzwoicie nosić. No i mnóstwo tak łatwo gniecących się* ubrań, które z niewiadomych dla mnie przyczyn regularnie lądują na łóżku, po czym wcale nieźle ogrzewają mi stopy :).
Dodatkowym argumentem za zakupem żelazka jest fakt, że nie mam żadnej obrony przed atakiem zombie. Drzwi od szafy nie chce mi się wyrywać, grzejnika nie uda mi się wyrwać, a na wyrywanie lasek jest za późno**. Współlokator jest za ciężki. Pióra nawet w miejsce miecza nie mam - tylko długopis, ołówki, kilka zakreślaczy, zapałki. Jestem praktycznie bezbronny!***
Stąd też podwójnie pilna potrzeba pomysłu na żelazko.
Czytam sobie opisy cudeniek na ceneo. Jak każdy szanujący się samiec, nie zwrócę się o poradę do kogokolwiek innego, tak jak kierowca woli zaufać trzem urządzeniom nawigacyjnym niż miejscowemu przechodniowi. Ja wierzę w swoje nieistniejące doświadczenie i wyimaginową intuicję i wiem, co kupię. I kupię dobrze. I tanio.
Zaczynam więc od ceny. No, tak do 70 PLN. 75, rzucimy groszem. Wciąż nic? Dobra, 80... 90... O! Coś się pojawia. Czytamy.
I czytamy...
Ah, marketing! Sztuka kreowania popytu! Znajdowanie niszy! Nadawanie nowego opakowania staremu produktowi! Patrzę i nie wychodzę z podziwu! Spójrzcie sami!
Po pierwsze - zabezpieczenia! Taki MPM AJ-2036 ma zabezpiczenie przed przegrzaniem. Kto by o tym pomyślał? Do tej pory prasowanie to było przecież przeciwieństwo hutnictwa - żelazka się stapiały w pewnym momencie. A tu takie zabezpieczenie!
Po drugie - rodzaj stopy! O ileż dumniej brzmi Non-stick od "niestykające się", "niedotykające", "bezkontaktowe". Oczywiście, jeżeli jest inaczej, to nie podaje się, że jest inaczej niż non-stick. Nie ma stick, no bo jak?
Po trzecie - konstrukcja! Każdy przedstawiciel współczesnej kultury ma kontakt z technologią. I nie wiedzieć czemu, obok energii słonecznej i recyklingu, olbrzymią, acz niedostrzegalną karierę, robią uchwyty antypoślizgowe. Ja na poważnie pytam - skąd w takim EasyTouch ETA-5400 Trinity pomysł na antypoślizgowy uchwyt? Dłoń aż tak bardzo się poci? Ta sama dłoń, która godzinami utrzyma dzieciaka o wadze 6-10 kilogramów, przenosi codziennie stertę za stertą dokumentów, a kawałka metalu ważącego ok. 2 kilogramów nie utrzyma?
Można też podejść do kwestii konstrukcji inaczej. Tak jak w przypadku Bosch TDA 2610. W tym wynalazku, wprowadzono jeszcze innowacyjniejszą technologiję. Jest to bowiem żelazko z, cytując "Spiczastą końcówką ułatwiającą prasowanie trudnych miejsc". O kurde. Do tej pory chyba wszyscy prasowaliś swe rzeczy czołgami importowanymi z Egiptu, ponieważ tylko tam mogły osiągnąć stosowne temperatury, a powierzchnia prasująca była na tyle duża, że nie było potrzeby docierania do trudno dostępnych miejsc. Wszak czołg dotrze wszędzie!
Tak, to jest myśl. Prasować spodnie czołgiem. I zamiast lufy armatniej - pompka z wodą. Zamiast fartucha pancernego - podstawka non-stick. Tylko ten kabel gdzieś podziać, ale to zawsze można wokół wieżyczki nawijać. Tak... to jest przyszłość rozwoju tego przemysłu - od żelazek do żelastwa.
* Ciekawostka. Dawno nie miałem kłopotu z odmianą jakiegoś słowa. "Gniotących się"? "Gniecących się"? Czy jak? Przyznaję, że do końca nie wiem.
** Chociaż przydałoby się. Ot, chwila przyjemności przed odmóżdżeniem.
*** Nie, to nie jest ogłoszenie handlowe, usługowe czy matrymonialne.
piątek, 24 grudnia 2010
Pójdźmy wszyscy do stajenki...
Taka choinka. Pocieszam się jedynie samą myślą o tym, że nie będzie mnie w domu na czas jej rozbierania. Gdzieś mi minęła taka szczeniacka radość z ubierania jej. Nawet, jak pojawiła się w domu taka mniejsza, bo jednometrowa, to i tak szlag człowieka trafia. Jedyne co lubię zakładać to lampki. Chyba z pasji do elektryki i tego, co może zabić. Być zabitym prądem, błyskawicą, wyładowaniem - to jest śmierć! A takim szkiełkiem z bombki potłuczonej? Co ja sobie zrobię? No bo jak się takie szkiełko wbije jak się je sprząta, to ono mi nic nie zrobi, tylko doprowadzi do pasji jeszcze większej. Malutki bólek, a jątrzy się i dwoi i troi, byleby rozstroić człowieka od środka*.
W przyszłym roku kupuję choinkę na usb. Podłącza się i świeci i już i kropka.

Inna sprawa - jedzenie. Głupi jestem, to znam tylko cztery diety, które sobie radzić mają ponoć z jakże powszechnym syndromem przejedzenia i tycia na Święta. Pierwszą jest chyba każdemu znana dieta cud.
Składniki: Cokolwiek
Stosowanie: Jeść cokolwiek, i to będzie cud jak schudniesz.
Druga jest już dla osób z doświadczeniem. Amatorów, powiedzmy. Powstała na fali szeroko rozumianego nurtu ekologicznego w naszym społeczeństwie. Dieta biodegradowalna.
Składniki: Drzewo. Zalecane korkowe z uwagi na powszechność występowania w naturalnej formie kształtu porządanego.
Stosowanie: Drzewem (zalece korkowe), naturalnie ukształtowane w kształcie korka, zatknąć pupę. To, co zjemy raz, będzie wykorzystane do ostatniej kalorii, zamiast marnotrawczo wydalone z organizmu. I zamiast jeść więcej, możemy najeść się w Wigilię i dotrzymać aż do Trzech Króli.
Trzecia dieta. Ułożone są one doświadczeniem wymaganym, więc naturalnie ta jest już przeznaczona dla specjalistów. Biodegradowalna dieta cud. Naukowcy potwierdzają, że Jezus był do tej pory jedynym, który ją skutecznie stosował przez 40 dni. Kaczka po żydowsku go złamała przed polepszaniem rekordu, wpisanego zresztą do Księgi Rekordów Guinessa.
Składniki: cokolwiek, drzewo korkowe
Stosowanie: podobnie, jak w przypadku diety cud, możemy jeść cokolwiek. I podobnie jak w przypadku diety biodegradowalnej, zatykamy pupę. Jak nas nie rozsadzi do tych Trzech Króli (a przypominam, że jedliśmy cały czas), to... pogratuluję osobiście. Pocztówką.
Ostatnia za to, to dieta dla weteranów. Chyba tylko ja tu pasuję. Dieta opracowana nie wiem gdzie i niewiadomo kiedy. Może przyszła do nas jak ta gwizdka z nieba? A może Jest to dieta MŻ.
Składniki: Cokolwiek
Stosowanie: Mniej Żreć.
Nie ma lepszej na jakiekolwiek Święta.

Ta, wiem. Obleśne :).
Ale my się tu relaksujemy, a kto pomarudzi? Od tego tu jestem dzisiaj.
Dlatego też wszystkim życzę doświadczenia, na fali nowej sympatii sympatii ekstremistów islamskich, organizowanej przez nich akcji "Każdemu niewiernemu bombka pod choinkę", zaś tym, którzy przeżyją do Sylwestra, wzięcia udziału w akcji ufundowanej przez Europejski Fundusz Spójności "Nowy Rok, Nowe Problemy". Nigdy nie jest lepiej, jest tylko gorzej, pogódźmy się z tym, żyjmy dalej, Wesołych Świąt i Wystrzałowego Sylwestra.
Życzy krogulczas :)
* W tych dwóch zdaniach ostatnich, 5 razy powstrzymałem się od użycia "wkurwia" i różnych wariacji. Czuję się lepszym pisarzem.
środa, 15 grudnia 2010
Postanowienia noworoczne 2011
Korzystając z kilku skumulowanych chwil oraz mając lżej na sercu, czasie i obowiązkach, pomyślałem, że warto już teraz wrzucić listę tzw. postanowień noworocznych. Ponieważ wychodzę z założenia, że jedno czy dwa ogólnikowe nie mają zazwyczaj sensu, wolałem skonstruować kilkanaście, ale precyzyjnych celów. Oto one:
Na poważnie
Obronić licencjat (In Nomine Patris et filli et Spiritus Sancti...)- Zarobić na dalsze studiowanie na psychologię w wakacje (jest na to plan i to lepszy niż w zeszłym roku!)
- Zadbać o zdrowie, szczególnie o astmę i krew
- Być na bieżąco z wydarzeniami na świecie (no jak mnie współlokator na rachunkowości poinformował, że Korea na krawędzi wojny się znalazła tj. dwa dni po ostrzale z Północy, to coś we mnie pękło)
- Pisać 1 notkę na tydzień (zasługujecie na to :*)
- Znaleźć miłość (w roku obecnym szału nie było)
- Rozpocząć współpracę z jednym, dwoma czasopismami o tematyce międzynarodowej (jak nie ja, to kto?)
- Rozpocząć procesy i działania celem wyjazdu na Węgry w roku 2012... (Central European University w Budapeszcie... chyba się w nim zakochałem)
- ... lub rozpocząć procesy i działania celem wyjazdu na praktyki Erasmusa w 2012 (bo coś trzeba i tak robić i o czymś blogi pisać!)
Na wesoło
- Nauczyć się robić drinki fajne (dość już mam piwa, wódki i wina "samych z siebie" - czas poszaleć)
- Wprowadzić w życie projekt "Student i rzepa" (ta-jem-ni-ca...)
- Umieć przyrządzić 10 nowych potraw z mięs i 10 z warzyw (ile można na tostach jechać, nie?)
- Netbook (wygodny jestem)
- Dysk zewnętrzny lub w ogóle nowy dysk (chyba mi sie bad sectory porobiły)
- Starcraft 2 (LOVE)
- Civilisation 5 (2 x LOVE)
Trochę nieczuły jestem, że tak nisko miłość i drinki wstawiam, nie? Obawiam się, że części z tych planów nie zrealizuję. Potrzebuję jednak narzucić sobie trochę szybsze tempo. Jakoś na taki przerost ambicji od zawsze cierpiałem.
A teraz życzcie mi powodzenia, bo 2011 będzie pierwszym tak intensywnie zaplanowanym rokiem.
czwartek, 2 grudnia 2010
Poważnie o bzdurach = bzdurowato o powadze
Gdy jest już ciemno, a na dworze mróz, śnieg i zima stulecia już druga w tym stuleciu, zbiera się człowiekowi na pisanie.
Akurat sporo mam tego. Jako odstresowanie, walnę sobie tekścik tutaj, a co. Czuję się bardzo dobrze, więc właściwym zabiegiem będzie podzielenie się tym z wami, nie? Bo jeszcze rok temu, jakby ktoś mi powiedział, że będę miał w grudniu do napisania i /lub wygłoszenia sześć tekstów, w tym jeden na konferencję, dwa na poprowadzenie zajęć, kolejne dwa to artykuły mniej lub bardziej naukowe i 1/4 pracy licencjackiej, to... uśmiechnąłbym się i zapytał co sądzi o tym różowym słoniu na suficie - istniałaby spora szansa, że go zobaczy. Albo stwierdzi, że to nie różowy słoń, ale duch Mickiewicza na różowym słoniu. Indyjskim czy innym.
A dzisiaj to moja rzeczywistość. Te teksty, nie słonie. Zwyczajnie. Norma. I podoba mi się to.
Cennne żydowskie prawidło mówi: jeżeli jedna osoba proponuje ci, żebyś coś robił, uśmiechnij się. Jeżeli mówią to dwie osoby, potraktuj to jak komplement. Jeżeli zaś mówią to trzy osoby z rzędu, zrób to, bo coś jest na rzeczy. Robię więc. I wracam. Tworzyć, stwarzać i wytwarzać. Warto posłuchać oczekiwań ludzi, bo przynajmniej masz trochę większą nadzieję, że jest jakiś cel tego działania.
Zrobię co w mojej mocy, aby jednak coś fajnego wrzucić w najbliższym czasie. Macie może propozycje, co i o czym?
sobota, 20 listopada 2010
Wznoś pomniki samemu sobie
Tak. Mam czas. Mam chęć. Mam pomysł. I mam siły. Żeby pisać.
Odcinek 3. Wznoś pomniki samemu sobie
Motywacja jest tym, co pozwala Ci zacząć. Nawyk jest tym, co pozwala Ci wytrwać.
Jim Ryun
Doszliśmy już do tego, że trzeba przygotować się na różne wyniki naszych działań. Wiemy też już, że plany zbyt dalekosiężne są głupotą.
Co je łączy? Bo przecież mamy efekt, mieliśmy też cele. To, czego nam brakuje, aby przemieścić się pomiędzy nimi, to środki. A środkiem do osiągnięcia pewnych celów, jest praca.
Praca to jednak niewdzięczna jest, o tak. Choćbyśmy wyłazili ze skóry własnej, nie jesteśmy w stanie w 100% doznać przedwcześnie jej efektów, zanim rzeczywiście je odczujemy. Zazwyczaj sprowadzi się to do tego, że osiągając jakiś cel, trzeba wyznaczyć nam samym następny.
Ale jak to? Tak... bez laurów? Właśnie bez laurów. Aby do nałożenia laurów doszło, potrzebujemy kogoś innego, żeby je nam nałożył. Innymi słowy, ktoś rzeczywiście musi docenić nasz wysiłek.
Podzielę się tutaj z wami taką moją refleksją. O tym, co naprawdę trudno usłyszeć z ust młodych ludzi - słów uznania. Przypomnijcie sobie, kiedy ostatni raz mieliście kontakt z kimś, kto odniósł sukces. Co czuliście? Co powiedzieliście? "Gratuluję", "Dziękuję za wsparcie", "Ładnie wyglądasz", "Nigdy o tym nie pomyślałem". Wspólnym mianownikiem tych wypowiedzi jest opinia własna. Racjonalna. Tymczasem, jeżeli rzeczywiście na nas wpłynął, pojawiają się zupełnie inne bodźce - uczucia. Uczucie sympatii, samospełnienia, siły, wiary.
Z czego to wynika? Możliwe, że z coraz bardziej rozpowszechnionej mody na odróżnianie czynów. Wiecie, "krytykuj zachowania, a nie człowieka". Przekładać się to winno też na pochwały, żeby dana osoba nie poczuła się... no właśnie jak?
Wprost zapytam - żałujecie komuś? Jeżeli uznajecie kogoś za niesamowitą inspirację, powiedzcie mu to! Jego dorobek stał się dla ciebie źródłem siły? Jego praca nie poszła więc na marne, bo ty ją wykorzystałeś. Warto spojrzeć na to z tej perspektywy.
Skoro wiemy już, że należy docenić otaczające nas zewsząd takie nasze prywatne autorytety, pora powiedzieć, jak można znaleźć siłę, żeby samemu dążyć do bycia kimś lepszym.
Podejdź do lustra. Spójrz w nie i uśmiechnij się. Opowiedz sobie jakiś dowcip, przypomnij sobie wtopę na jakiejś imprezie - ma to być szczery uśmiech, a nie podniesione wargi czy wystawione zęby. Spójrz na to, czego się już do cholery nauczyłeś. Co osiągnąłeś. Masz powody do bycia dumnym.
- Umiesz pisać i czytać w języku ojczystym, jakimś obcym albo dwóch czy trzech.
- Znasz masę ludzi, którzy świetnie czują się w twoim towarzystwie.
- Masz być może partnera, który z tobą też z jakiegoś powodu jest - wyglądu, humoru, intelektu, zdolności kredytowej :)
- Studiujesz czy pracujesz - to bez znaczenia. Doskonalisz się. Wiesz, że to, co robisz, jest dla ciebie ważne i opłaca ci się w tym doskonalić.
- Masz na pewną swoją własną, unikatową, a na pewno rzadko spotykaną u innych cechę, powiem nawet - cnotę. Wytrwałosć, łatwość zdobywania informacji, nowych przyjaciół, klientów, poszerzania wiedzy, niesamowitą intuicję w pewnych sprawach, piękne włosy, twarz, seksowny tyłek, elegancki styl bycia... Masz w sobie to coś.
Zobacz, ile już osiągnąłeś. Spójrz, co chcesz osiągnąć.
Marzenie to powinno cię minimalnie przestraszyć i maksymalnie podniecić.
To w końcu w naszym interesie jest realizacja naszego interesu. Owszem, trzeba ogarniać życie na tyle, na ile tego inni od nas wymagają jeżeli tylko mają podstawy, aby wymagać. Ale nikt pomnika ci nie postawi. Pomnik musisz postawić samemu sobie.
Pomniki jednak wznosimy przede wszystkim jako wyznaczniki pewnych wydarzeń, które należą do przeszłości. Ważne, żeby stawiać je cały czas. Bo w końcu jaki jest pożytek w tym, że siądziemy pod ostatnim z nich i rozmarzymy się nad nim? Dlatego też, kiedy szukasz inspiracji w samym sobie, przechodź obok pomników. Wspominaj.
Niekiedy będziesz chciał się przyjrzeć, często przejdziesz obojętnie obok, czasem przy okazji poświętujesz, złożysz może kwiaty uznania. Jeżeli zmieni się rzeczywistość, to i o pomniku trzeba będzie zapomnieć, a najgorszym przypadku - zburzyć. Po to, by zrobić miejsce pod nową historię. Twoją historię, pisaną od zawsze przez ciebie i wyłącznie dla ciebie.
***
Potrzebowałem chwilę odetchnąć. Siedzę sobie teraz na szybko w Radomsku - taki wypad na weekend. Można powiedzieć, że za dużo pomników sobie w ostatnim miesiącu nastawiałem. Sam sobie i swoim ambicjom jestem winien :)
piątek, 12 listopada 2010
Jest coś pięknego w przypadku
Miałem wczoraj pisać o motywacji. Nie za dobrze to o jakości tego wpisu świadczy, nie :)? Piszę jednak dzisiaj, w dodatku o czymś innym - o planowaniu siebie.
Odcinek 2. Jest coś pięknego w przypadku
Wielkość człowieka polega na jego postanowieniu, by być silniejszym niż warunki czasu i życia.
Albert Camus
Otóż pomyślałem sobie o tym, jak na ostatnim seminarium licencjakim D. opisała jej zajęcia na polityce społecznej, na wydziale prawa. Zajęcia traktujące o planowaniu, zarządzaniu i tych sprawach. Prowadzący te zajęcia dał im ćwiczenie – studenci mieli zaplanować, kim będą za 30 lat. Ja osobiście słyszałem o tego typu pytaniach, ale
- Były to pytania zawodowe, zadawane np. przez przełożonego albo rekrutanta.
- Dotyczyły krótszego okresu, zazwyczaj oscylując wokół 5-10-15 lat.
Studenci mieli więc powiedzieć, kim sobie będą za te 30 lat i zaplanować drogę dojścia do upragnionego siebie. Coś, co w amerykańskiej terminologii nazywa się „trajektorią” – ładnie obliczoną drogą, którą obiekt przebędzie sobie, po czym dotrze do określonego punktu.
Na ich studenckie warunki przekładając – od czego mieli zacząć, w jakiej firmie na ten przykład, kiedy awansują, na jaką pozycję, gdzie po drodze widzą rodzinę lub jej nie widzą w związku ze swoją działanością. Prowadzący te zajęcia podobno takiego siebie ma już rozplanowanego. Nawet wie, kiedy weźmie ślub. Tyle, że jeszcze nie ma chętnej.
Bycie zdecydowanym, posiadanie wizji realizacji samego siebie, zaplanowanie przyszłości – to wszystko są fajne hasła. Gorzej, że niewiela ma to wspólnego z rzeczywistością. Zazwyczaj bowiem w takich planach uwzględnia się same pozytywne aspekty – cele. Wiadomo: cel nie może być negatywny, np. narobię się 30 lat, po czym strzelę sobie w łeb. Chociaż co kto lubi, ale my tu nie o tym.
Wypada tutaj przywołać dwa przykłady. Z pogranicza fikcji jeden i dwa z historii zaczerpnięte.
Terry Pratchett napisał bardzo fajną książkę pt. „Dywan”, którą akurat dzisiaj rano skończyłem. W świecie Dywanu, istnieje nacja Wightów – najstarsza w tamtejszym mini-uniwersum, otoczona mistycznym szacunkiem, a jednocześnie strachem. Dlaczego? Bo pamiętają przyszłość. Wiedzą, co ich czeka. Rozmowa z nimi jest bardzo ciężka z łatwych do wyobrażenia powodów :).
Kiedy więc w jednej scenie grupa takich Wightów zostaje napadnięta, wiedzą, że zginą. Jest tylko jedna na milion szansa, że przeżyją i (kto by pomyślał?), dzięki interwencji bohaterów przeżywają. O dziwo, cały ich świat wali się w gruzy. Przeżyli, chociaż mieli zginąć. I nie wiedzą, co mają dalej robić. Dokładniej - nie wiedzą, co mieli robić. Bo mieli zginąć, a żyją, nie pamiętając swojej przyszłości. Muszą sobie z tym poradzić na bieżąco, w niepewności jutra, ba, nawet najbliższych chwil. Pod koniec historii, kiedy dzięki różnym działaniom jednak znają nową przyszłość, nadziwić się nie mogą, że przeciętni ludzie potrafiątak żyć.
Tym historycznym przykładem za to będzie Kant. Spokojnie, nie będę brał na warsztat jego słów, lecz to, jak żył.
- · Nigdy nie oddalił się na więcej jak 100 km od Królewca, w którym spędził całe życie, jak można się domyślić.
- · Chciał w pełni panować nad swym otoczeniem, głównie po to, aby nie zakłócało ono toku jego myśli. Dlatego na ten przykład, kiedy za oknem wyrastać mu zaczęło drzewo, które przesłaniało widok z tego okna, postarał się, by drzewo został ścięte.
- · Jest trochę mniej znany z próby zaklasyfikowania całego świata, tak jak Newton z bycia alchemikiem. Nie pamiętam jednak tak naprawdę, pod jakim kątem chciał go klasyfikować. Ważne jest to, że w ten sposób chciał kontrolować każdy aspekt poznania – nic, co nie dałoby się uporządkować, przyporządkować, nie mogło mu umknąć. Nie wyszło - za mało kategorii.
- · Jeżeli wierzyć profesorowi Brodzie, to pod koniec swego życia, Kant, kiedy zadano mu pytanie, czy przeżyłby swoje życie jeszcze raz w taki sam sposób, zaprzeczył.
Co wg mnie z tego póki co wynika?
Ja się tej niechętnej małżonce pana wykładowcy w sumie nie dziwię. Nie chciałbym wiązać się z kimś, kto jest tak krótkowzroczny.
Zapytacie „Krótkowzroczny? Przecież on patrzy na siebie za 30 lat, planując wszyściutko po drodze!”. Niemiecki plan Schlieffena udowodnił, że tego typu plany strategicznie nie mają racji bytu. Mówię tutaj o pierwszym planie wojny błyskawicznej, który jak wiemy, zawiódł. W 6 tygodni miała paść Francja, tymczasem w 6 tygodni wojska niemieckie dotarły w najlepszym wypadku 70 km od Paryża.
Z czego to wynikało? Von Schlieffen kalkulował posunięcia wojska zawodowego – sprawnego, zdyscyplinowanego, dobrze wyposażonego. Które o danej godzinie dociera na konkretne pozycje i przemieszcza się dalej zgodnie z harmonogramem. Tymczasem większość armi niemieckiej to byli poborowi – zwykli, zmobilizowani na wojnę ludzie, którzy poruszali się wolniej, byli mniej wydajni, nie mieli doświadczenia bojowego. Opóźnienie do opóźnienia i kolejny plan nie wypalił. W wielkim skrócie – plan ten zawiódł, bo chociaż cel był jasny, a metody i środki może i były dobrze obliczone, to okazały się zawodne, a to jedynie zwykłych opóźnień nie przewidziano.
Jak się to wszystko przekłada na głupotę, jaką wykazuje się każdy, kto planuje swoje życie? Zadajcie komuś, kto chce sobie trajektorię taką stworzyć, któreś z poniższych pytań:
- · Czy uwzględniasz śmierć swoich bliskich - rodziny i przyjaciół? Czas, jaki dajesz sobie na dojście do siebie?
- · Czy uwzględniasz swoje choroby? Jak bardzo przykują cię do łóżka? I jak nadrobisz stracony czas i energię?
- · Czy wiesz, jak wiele uwagi będziesz musiał poświęcić swojej przyszłej rodzinie?
- · Czy wiesz, jak poradzisz sobie z porażkami, bo ktoś okaże się lepszy od ciebie?
- · Czy wiesz, co zrobisz, jeżeli będziesz musiał zaczynać od początku?
Tak sądzę, nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na te pytania. Jeżeli chcemy się kierować chociażby metodykami zarządzania projektami, dowiemy się, że planowanie to najdłuszy etap projektu. Tak 60-70% czasu mamy mu poświęcić.
Policzmy więc.
Mamy młodego człowieka, który się o czymś takim dowiedział. Ma 20 lat. Chce przewidzieć, kim będzie za 30 lat, czyli w wieku 50 lat. Żeby mu się to udało, tj. żeby efektywnie zbudował plan działania, musi planować siebie do… pi razy drzwi… 35-40 roku życia. Przeplanował więc 15-20 lat. Jest więc 15-20 lat opóźniony w realizacji swego projektu. Tak na dobry początek. Albo po prostu osiągnie mniej w wieku 50 lat. Wciąż więc jest opóźniony. I jakkolwiek staruszków nie chce z roboty wywalać ani nic z tych rzeczy, to naprawdę – trzeba brać pod uwagę ograniczeń, jakie pojawią się z wiekiem.
Nie da się usiąść z kartką i ołówkiem w ręku i zaplanować, kim będę za 30 lat. Życia na to nie starczy!
Ja osobiście nie chciałbym żyć w świecie, w którym jestem zaplanowany. Tak od początku do końca. Bez uwzględniania interakcji z otoczeniem. Żyłbym wtedy w naprawdę głupim świecie.
I dopiero to, w połączeniu z poprzednim postem, mogę chyba uznać za dobry wstęp do tego, jak się motywować, głównie pomimo wszystko.
niedziela, 7 listopada 2010
Sałatka z rozgardiaszu
Może jest to związane z tym, że coraz częściej łapę się na ogarnianiu kilkunastu rzeczy jednocześnie? Ale tak poważnie - drobnych, błahostkowych, niby nic. A to się uczę prawa, a to odsłuchuję starego dobrego Papa Roach'a, chwilę później jestem pod prysznicem, a wracam po to, żeby poszukać przepisu na kamikaze, samemu racząc się dżinem z tonikiem. Może nie wybitnie randomowy zestaw, ale to miało miejsce w przeciągu najwyżej piętnastu minut. No i jeszcze notkę piszę.
Chyba taki dzień zaczął się od momentu, kiedy zdecydowałem się zrobić pierwszą bardziej przywoitą sałatkę w swoim życiu. Skłoniły mnie do tego:
- Wystawiony w biedronce zestaw do sałatek (widelołyżka + łycha), którego oczywiscie nie zakupiłem.
- Kasia, która nie tak dawno na wydziale zjawiła się z sałatką na przekąskę.
- Przepis na sałatkę z tuńczykiem i kukurydzą, jaki znalazłem na pewnym tureckim blogu kulinarnym.
- Chęć zjedzenia czegoś innego, niż bigosu z domu.
Pozostało tylko przerobić myśli i słowa na czyn.
Uwaga! Przepis mało studencki, z uwagi na koszty. Tak naprawdę jednak, z tego co kupicie, wykorzystana zostanie na poniższe potrzeby tylko część składników. Nadaje się więc świetnie na imprezę, gdzie będzie zapotrzebowanie na dobre jedzenie :).
Sałatka z rozgardiaszu
Składniki dla dobrych czterech osób:
Warzywa
Pomidor, szt. 1- Papryka żółta i czerwona, po połówce
- Ogórek zielony, tak może 1/3
- Sałata, 3 liście
- Oliwki czarne i zielone, wedle uznania
Sery
Jakiś żółty - u mnie edamski - 100g- Jakiś biały (naprawdę, zda egzamin cokolwiek - polski twarogowy, grecka feta, włoska mozarella) - też ok. 100g
Przyprawy
Olej- Pieprz
- Sól
- Rozmaryn
- Bazylia
- Tymianek
- Oregano
- Szałwia
- Czosnek
(Te wszystkie zioła po soli znajdziecie w wynalazku firmy Kotanyi - "Morski skarb: Sól morska z Camargue z ziołami". Polecam osobiście)
Opcjonalne dodatki, z różnych kategorii (powinny zdać egzamin)
Świeża bazylia, rukola, nać pietruszki- Rzodkiewka
- Tuńczyk
- Kukurydza
- Jajka gotowane, pokrojone
- Szynka albo inne mięso
- Chleb z masłem albo bez
- Sok z cytryny lub limonki
Na dobry początek, twój stół nie powinien tak wyglądać. Syf, kiła i mogiła - tak się ta sałatka powinna nazywać. Ale jakoś trzeba sobie radzić, gdy nie ma się profesjonalnego blatu, zlewu i szafek pod ręką. I gdy jest się w akademiku.
Kroisz więc warzywka...
... Myjesz sałatę, odkładasz do suszenia...
... Kroisz w kostkę oba wybrane sery, wyławiasz oliwki.
Wreszcie przygotowujesz sobie salaterkę. Rwiesz sałatę na kawałki i wrzucasz do tejże salaterki, dodajesz warzywa, sery, oliwki. Przyprawiasz, zalewasz odrobiną oleju. I mieszasz. Aż otrzymasz...
... Sałatkę z rozgardiaszu!
Pozostaje tylko wziąć trochę chleba z masłem, nalać sobie soku i wcinać :).
A teraz wracam do pisania wystąpienia na konferencję. Ciao!
PS. A propos "ciao" - muszę od Włochów gwizdnąć przepis na dressing do makaronu, jaki kiedyś na imprezie zmontowali. I w ogóle makaron się nauczyć porządnie gotować.
czwartek, 4 listopada 2010
Październikowe zamieszanie
Październik to był jeden z najcięższych dla mnie miesięcy.
Był to początek III roku na stosunkach międzynarodowych, nadrabiam dwa przedmioty z mojego wyjazdu do Turcji, do tego rozpocząłem studia na psychologii na Łódzkim Uniwerku. Poznanie wielu nowych ludzi, urodziny i imprezy. W międzyczasie sporo przechorowałem. No i zostałem kandydatem na Radnego Miasta Radomska z ramienia PSL.
A żeby pisać, trzeba mieć o czym i kiedy.
Dlatego zdecydowałem się nie publikować tego, jak przez ten miesiąc przestawiałem się na zupełnie nowe obroty, dostosowane do odmiennego od dotychczasowego w moim życiu tempa. Pogodzenie potrzeby przebywania 30 godzin tygodniowo na dwóch wydziałach to wcale niełatwa sztuka. W połączeniu z pracą, jaką mam do zrobienia pozazajęciowo tj. w akademiku, można powiedzieć, że pracuję na pełnym etacie jako student :).
Pomyślałem więc, że może mały poradnik dla ludzi, którzy nie potrafią ogarnąć swego czasu będzie jak najbardziej na miejscu. Ot, taki skromny cykl, który z jednej strony powinien przywrócić trochę porządku na tym blogu, a jednocześnie na pewno przyniesie sporo korzyści tym, którzy "nie mają czasu".
Odcinek 1. Porażka to proza życia
I've failed over and over and over again in my life and that is why I succeed.
Michael Jordan
Jedynie na zwycięstwo trzeba zapracować. Aby osiągnąć porażkę nie trzeba robić nic - sama przyjdzie. Chwila... czy tego chcemy?
Radzenie sobie z niepowodzeniem to równie istotna umiejętność, jak osiąganie sukcesu. Nabycie jej bardzo pomaga w momencie, kiedy jest potrzebna, tj. właśnie w obliczu braku szans na sukces. Czasem będzie można się z tym wyłącznie pogodzić i pójść dalej. Innym razem - trzeba będzie tak zrobić, a to zasadnicza dla dumy różnica. Ponieważ jednak nie mamy drugiego życia przed sobą (na pewno nie identycznego - uśmiech dla zwolenników idei życia po życiu), każda klęska powoduje opóźnienia w przejściu do następnego etapu. Przykłady?
- Nieoddanie książki do biblioteki w terminie ---> Opłata ---> Wciąż nie oddajesz ---> Blokada konta ---> To sobie magisterkę popisalim
- Zaspałeś ---> Spóźniłeś się ---> Nadrabiasz materiał w czasie, kiedy zaczęły się inne zajęcia
- Choroba ---> Odkładanie wizyty u lekarza ---> Rozwój choroby ---> Więcej czasu w łóżku
Są to powszechne, codzienne sytuacje. A jak się to przekłada w życiu zawodowym?
- Nieprzygotowanie do egzaminu --->Niezdany egzamin ---> Poprawka ---> Niezdana poprawka ---> Powtórka roku i/lub opłata
- Masz do opracowania program szkoleń kadrowych w firmie ---> Program niezaakceptowany ---> Spieszysz się ze stworzeniem nowego ---> Popełniasz błędy ---> Przekraczasz termin i/lub tracisz pracę
- Utknąłeś w korkach ---> Jesteś później w pracy ---> Zostajesz nadgodzinowo ---> Wracasz później do domu ---> Rodzina jest niezadowolona i/lub czeka na ciebie zimna kolacja
Nie będę tutaj mówił, jak porażek unikać, o nie. Po pierwsze, nie idzie ich uniknąć. Po drugie, trzeba je sobie czasem zafundować, chociaż zazwyczaj nie przychodzą one do nas z naszej własnej woli. I pogodzić się z tym.
Zegar każdego z nas ma 24 godziny. Każdy z nas ma tyle samo dni w roku do przeżycia. Każdy z nas jednak inaczej dba o ten czas. Ja na ten przykład podchodzę do niego zadaniowo - mam wyznaczone ramy czasowe wykonania pewnych czynności: węższe lub szersze, elastyczne lub nie. Dzięki temu zdaję sobie sprawę, że działania, które podejmuję, potrzebują czasu nie tylko na ich zaplanowanie i realizację. Potrzebuję rozliczyć samego siebie, a to czasami oznacza rozliczenie się z niepowodzeniem.
Jak więc można sobie z tym niepowodzeniem radzić? Jedziemy:
1. Wprost powiedzieć - to moja wina. Jeżeli współpracowałeś z innymi ludźmi, to jest to moją winą, że nie komunikowałem się z nimi wystarczająco skutecznie. Jeżeli pracowałeś sam, to kogo innego winić?
Po chwili jednak zdajesz sobie sprawę "Okej, nawaliłem niezgorzej niż gołąb na Sukiennicach. Dlaczego?" Jeżeli zadałeś sobie to pytanie, to jesteś na jak najlepszej drodze do poprawienia swoich wyników w przyszłości.
2. Analizuj krok po kroku swoje działania. To nie jest tak, że całe, calutkie przedsięwzięcie runęło w jednym, ostatecznym momecie prawdy, godzinie egzaminu. Może zamiast w sobotę iść na imprezę, należało ten czas poświęcić na dopracowanie wystąpienia? Czy czytanie "Cienia wiatru" da nam większe pojęcie o oczekiwaniach klienta? Kto wie, czy przypadkiem ta kłótnia z informatykiem Nowakiem nie przyczyniła się do tego, że wziął zwolnienie w tygodniu wdrażania nowego systemu?
3. Wiesz już, co było nie tak. Zobacz, co było jednarazowym epizodem, a co może się powtórzyć. Może i raz zdarzyło się dać ponieść książce i jej niesamowitemu światu, ale cotygodniowe imprezowanie może się okazać nawykiem, który będzie wpływał na również przyszłe przedsięwzięcia, podobnie jak skłonność do konfliktów interpersonalnych.
4. Zdecyduj, co chcesz z tym zrobić. Wiesz już, co poszło nie tak, czemu tak się stało i co jest prawdopodobną przyczyną. Co z tą przyczyną zrobisz? Możesz ją:
- ignorować - zostawić tak, jak jest
- pogodzić się z nią - za każdym razem dawać sobie z nią radę, nowymi albo wypracowanymi metodami
- wyeliminować ją
- zrzucić na kogoś innego
- przekształcić na swoją korzyść - "iść za ciosem", nawet po to, aby niwelować nieuniknione i tak straty
Żadnej z tych metod nie oceniam. Uważam, że zależnie od okoliczności trzeba sobie inaczej radzić w życiu. Każde działanie jest unikatowe, dlatego każdy sukces i każda porażka również będą niosły nowe warianty zmian, jakie zajdą w naszym życiu. Nie możemy przewidzieć przyszłości, nie możemy również przygotować gotowych rozwiązań na każdą okoliczność z uwagi na ciągle zmieniający się otaczający nas świat i ludzi.
To, co jednak jest ważne, to podejmowanie decyzji. Brak decyzji jest regresem, albowiem inni ludzie również podejmują działania, zaś my - niezdecydowani - względem nich zostajemy w tyle. Decyzje będą i dobre, i złe. Ale trzeba wziąć na swoje barki odpowiedzialność za nie.
Walcz, mając rzekę za sobą. Skoro nie ma gdzie uciec, masz jedno wyjście i na nim możesz skupić całe swoje siły. Nazywa się to motywacją, o której napiszę za +/- tydzień.
Proszę o komenatrze, czy coś takiego daje radę :). Co się podoba, co wywalić, forma, styl. Pierwszy raz podjąłem się napisania takiego tekstu, dlatego krytyka jest mile widziana.
wtorek, 7 września 2010
Czas Kwitnącego Sushi
"Czas Kwitnącego Sushi", czyli jak osiągnąć największe możliwe zagęszczęnie mięsa na centymetrze kwadratowym nie łamiąc przy tym honorowego kodeksu bushido. Behind the scenes jest już available!
Środa, 1.09.2010, Łódź
Nie mogłem wytrzymać już do października, więc pojechałem. Siedzę w bibliotece uniwesyteckiej. Piszę pracę. Ok. 16.00 kończę.
Nastał Czas.
Nie ma co już dłużej tego dwlekać, a przecież jeszcze na 18.00 na kawę jestem umówiony. Jadę do manufaktury. Kupuję ryż, matę bambusową, wasabi, nori.
Wtorek, 7.09.2010, Radomsko
Fuck. Ale jestem głodny. A przecież na szarlotce i kalafiorze wiecznie nie można jechać. Co by tu wymyślić? Poradziłem się kolegi YT...
... i jak to mówią "raz się żyje".
Zaczyna się od ryżu. Specjalny, krótkoziarnisty, obecnie dostępny w większości szanujących się supermarketów podobno. Ja go, jak wiadomo, przywiozłem z Łodzi.
Ryż się myje, tak, aby stał nam się (nie zgadniecie) biały. Bo normalnie to on taki se jest. I nawet jak jest napisane, że on już myty i polerowany był (wtf?), tak jak na moim, to i tak go myjecie. Niech sobie tak w wodzie postoi z pół godziny. W tym czasie możecie wyskoczyć po składniki. A będą to:
- Łosoś wędzony, płaty
- Łosoś wędzony, brzuszki
- Frankurterka, sztuk parę
- Ogórek konserwowy
Dobra, ryż się umył, to zmieniacie mu wodę jak rybkom, tylko że tej wody to nie więcej jak żeby wystawało ok. 1 cm ponad poziom ryżu. I wstawiacie na ogień, jak rybki, których nigdy specjalną sympatią nie dażyliście. Za dużo wody albo za dużo ognia i skończycie jak ja dzisiaj. Wykipi i będzie domagać się odszkodowania, wraz z sąsiadami.
Pamiętajcie, że jedna szklanka ryżu (ok. 100g) to tak mniej więcej na dwa płaty nori wystarczy.
No to gotujemy te rybki. Znaczy ryż. Ryż gotujemy na małym ogniu, ale nie najmniejszym. Jak zacznie wrzeć, to dajemy na najmnieszy możliwy i po ok. 15 minutach obserwujemy, ile nam wody odparowało. A najlepiej, żeby odparowało ile się da. Część może wykipieć :).
A, tip mały - ani mi się ważcie unosić pokrywki! Ani podczas gotowania, ani po tym, jak już ugotujecie. Niech sobie stygnie pod przykryciem.
Gdy już ostygnie, dodajemy octu ryżowego. Tak, to też jeden ze składników, które łatwo kupicie w supermarkecie i powinniście to zrobić dla dobra tego sushi, i w sumie każdego następnego dania ryżowego. Tego octu ryżowego to tak 2-3 łyżki stołowe na tą szklankę ryżu. Jest słono, jest słodko, jest kwaśnie.
Dobra, teraz czas na właściwą zabawę.
Matę bambusową, którą kupiliśmy w Łodzi, kładziemy na desce do krojenia. Na macie kładziemy nori, czyli wodorosty, bez których sushi by nie było*. Błyszczącym i gładkim do dołu, matowym i chropowatym na wierzchu. Obie strony się błyszczą, więc jak coś to możemy tym rzucić do góry, jak monetą. Mamy wtedy 50% szans, że upadnie dobrze, zamiast 100% szansy, że zrobimy to źle :).
No to układamy ryż. Do niewielkiej miseczki/czarki wlewamy trochę wody, w której będziemy moczyć palce, coby ryż się za bardzo nie poprzyklejał. I tak będzie się przyklejać, ale zawsze go trochę mniej, nie? Niewielka warstwa ryżu w zupełności wystarczy. Pamiętajmy, że trzeba tam potem jeszcze nasze bajery upchnąć. Ważne, żeby nie zasyfiać całego nori ryżem, ale zostawić trochę miejsca, bowiem jak będzie rolować i ugniatać, to wtedy nam trochę powyłazi tego boczkami, jeżeli położymy za dużo.
No to układamy. Ja ułożyłem najpierw ogórka, potem na niego płaty łososia, obok niego brzuszki, a na wierzch kabanosa. Tak naprawdę do sushi możesz władować wszystko. Bardzo praktykowane w Polsce są, oprócz powyższych składników: awokado, paluszki krabowe, krewetki, a myślę, że radę też by dało (i niechaj potepion będę) papryczki marynowane, mini-kolby kukurydzy, ogórek świeży, rzodkiewka i wszystkie inne warzywa, które są dość twardawe i które można pokroić w ładne, podłużne paseczki. Idźcie i eksperymentujcie!
Ha, rolowanie. Okazało się banalnie proste z tą matą. Najpierw zagniatamy górę, potem dołączamy dół... i przypominają nam się stare, młode lata u babci, kiedy dawała nam wałek, żebyśmy jej ciasto na makaron porolowali. Roluj roluj roluj!
Roluj roluj roluj!
Roluj roluj...! Dobra, starczy. Urolowaliśmy.
Kroimy, odkrawając w razie czego brzydkie końcówki i podjadając sobie...
... i kładziemy na talerzyk. Pamiętacie tą czarkę-miseczkę na wodę? Wylewamy tą wodę i wlewamy do niej sos sojowy. Stawiamy na środku talerzyka i włala!
A jakbyśmy się za łatwo przejedli (bo najedzony jestem zazwyczaj po jakichś 5 kawałkach), to można wszystko przykryć folią, zeby nie zeschło się i odstawić do lodówki, żeby nie zgniło.
Uff. Idę spać. Smacznego, afiyet olsun, bon apetit, guten apetit tudzież itadakimasu!
Dobrze jest wrócić :)
* Właściwie to byłoby, ale to trochę zaawansowana szkoła jazdy, chwila minie zanim to opanuję :).